„Czym jest człowiek, że o nim pamiętasz,
I czym śmiertelnik, że troszczysz się o niego?” (Ps 8)
Będąc pod wrażeniem ostatnio przeczytanych książek pani Małgorzaty Nawrockiej pt. „Anhar” oraz „Alhar. Syn Anhara”, postanowiłam podzielić się dziś pewnym zdaniem zaczerpniętym z tych publikacji. Nie będzie to cytat, lecz parafraza: Każdy człowiek jest wielkim polem bitwy sił ciemności z Bogiem. Skoro cały świat i widzialny i niewidzialny, w szczególności, toczy tak zaciętą walką, to jakże wielką stawką jest dusza ludzka!!! Czy zdajemy sobie sprawę z tego faktu na co dzień?
Czy doceniamy dar zbawienia? Czy nie stał się on dla nas czymś powszednim, nieco zakurzonym frazesem? Przecież wokół nas prawdziwe życie, trudne sytuacje, ważkie problemy. I cóż z tego, że gdzieś tam, w Palestynie ponad dwa tysiące lat temu Jezus oddał na krzyżu życie i zmartwychwstał byśmy mogli żyć na wieki. Przecież ludzie codziennie umierają w wielkim cierpieniu, doświadczają skrajnej nędzy, głodu, poniżenia. Przecież tyle niewinnych dzieci cierpi na różne straszne choroby, a nikt nie potrafi im pomóc. A dusza? No, cóż. Pewnie, że nie można tak całkiem przestać wierzyć. Ale kto by się tam zajmował duszą? Nie popadajmy w przesadę. Duszę zostawmy babciom na rencie, które mają dużo wolnego czasu i lubią przesiadywać w kościele, klepać różańce i litanie. My, młodzi, dojrzali, wykształceni mamy prawdziwe życie, walkę o byt, o przetrwanie. Nie wiem ile procent współczesnego społeczeństwa myśli podobnie, obawiam się jednak, że procent jest niemały. Ba, obawiam się, że pośród tzw. praktykujących katolików znalazłaby się spora grupa.
Tymczasem temat wydaje się być ważny, o ile nie najważniejszy. Czy Pan Jezus nie powiedział, że mamy obawiać się nie tego, co może zabić ciało, lecz tego, co duszę może zabić? Czyż święci ogłoszeni w Kościele nie zabiegali przede wszystkim o duszę? Na przykład taki św. ojciec Pio, czyż nie przesiadywał dniami i nocami w konfesjonale by wyrwać szatanowi jak najwięcej dusz? To samo tyczy się św. Jana Marii Vianney’a, który nie dbając o własne zdrowie i wygody, spowiadał po 17 godzin na dobę. Czymże zatem jest dusza ludzka? Jak wielką ma wartość, skoro walczy o nią sam Bóg?
Z lekcji katechezy wiemy, że dusza ludzka jest nieśmiertelna. Czyli jest cząstką samego Boga w nas. Mówi się, że jest w człowieku „iskra Boża”, która powoduje, że człowiek cały rozpala się w miłości, płonie w niej stapiając się w jedno ze Stwórcą. Tak powinno być, a jak jest? Każdy sam widzi. Na pielęgnację duszy zostawiamy niewiele czasu, o ile w ogóle taki czas jest. Bardziej zajmują nas prawy ciała, z resztą trudno się dziwić, bo komu z nas rodzice wkładali do głowy, że dusza jest ważniejsza niż szkoła, oceny, fajne studia, dobra praca, udane małżeństwo, zdrowe dzieci? Czy usłyszeliśmy od rodziców, że lepiej by nam było umrzeć niż popełnić grzech ciężki, który zabija duszę? Jeśli tak, to błogosławieni niech będą tacy rodzice! Moi tacy nie byli, a i ja sama jako matka, jeszcze do tego nie doszłam…
W tym kontekście zastanawiam się nad historiami ludzkich dramatów. Matki trojga małych dzieci umierającej na raka. Dzieci w hospicjach czy na oddziałach onkologicznych. Osieroconych w trzęsieniach ziemi, powodziach, pożarach, wypadkach drogowych. Tych, którzy stracili bliskich w wyniku morderstw. Pomordowanych w Oświęcimiu, Treblince, Katyniu. Często słyszę: „Skoro Bóg panuje nad światem i jest Miłością, to jak może dopuszczać takie rzeczy?”. Czymże zawinili ci wszyscy ludzie? Wniosek: albo Boga nie ma, albo wcale Go ten świat nie obchodzi. Jednak, jeśli spójrzymy na powyższe z punktu widzenia duszy, to może jednak to ma sens? Zabrzmi to okrutnie, ale czasem myślę, że lepiej byłoby mi umrzeć zawczasu, niż przez długie życie popełnić błędy, które odetną mi drogę do zbawienia. Jeszcze nikogo bliskiego nie straciłam i nie wiem, co wtedy będę myślała o duszy i o zbawieniu, gdy pogrążę się w żałobie. Wierzę, jednak, że ci, którzy już są po tamtej stronie życia, pomogą mi nie zatracić się w rozpaczy.
aga