Kogo dziś można nazwać szczęśliwym? Jaka miara mierzy się szczęście? Te i inne pytania budzą się w człowieku, który na chwilę przystanie i zamyśli się nad swoim losem. Świat wokół nas podsuwa nam liczne modele szczęścia. Gdy będziesz miał dużo pieniędzy, gdy nagromadzisz sobie wiele dóbr materialnych, gdy będziesz miał wielu oddanych przyjaciół, liczna i wierną rodzinę, gdy będziesz miał poważanie wśród ludzi, gdy będziesz miał, miał, miał… Właśnie – mania mienia. Tymczasem Pan Bóg zaprasza nas do podjęcia drogi ośmiu błogosławieństw: szczęśliwi ubodzy w duchu, szczęśliwi, którzy cierpią udrękę, jesteście szczęśliwi, gdy was znieważają, prześladują i oczerniają z powodu Chrystusa.
Cóż za paradoks! Naturalne dążenie człowieka do szczęścia, do bogactwa, dostatku zostaje złamane tymi błogosławieństwami. Czyżby Bóg chciał nieszczęścia swego stworzenia? Bóg, stwórca człowieka zapisał w jego sercu receptę na szczęście: nieskończona ilość prawdziwej miłości zaprawiona ofiarą, do tego garść pokory
i galon zaufania Bogu. Miłość ofiarna, taka, jaką daje nam Chrystus konający na krzyżu. Nie umarł dla siebie samego, lecz za nas i dla nas. Pokora zawiera w sobie miłowanie drugiego człowieka, bliźniego i pragnienie jego dobra. A zaufanie Bogu jest nieodłącznym elementem szczęścia. Bowiem, kto Bogu nie ufa ten szczęśliwym być nie może. Przykłady świętych pouczają nas jak to wszystko połączyć w całość. Weźmy zatem biblijnego Hioba.
Z ludzkiego punktu widzenia, Pan Bóg dopuścił całe zło na niego z jakiegoś irracjonalnego powodu: pozwolił diabłu sprawdzić wierność Hioba. Człowiek zanurzony we współczesnej kulturze i obyczajach nie potrafi zgodzić się na taki obrót spraw. Wielu upatruje za kare Bożą życie w niedostatku. Tymczasem Hiob, najszczęśliwszy człowiek na świecie, majętny, szczęśliwie żonaty, ojciec i głowa rodziny zgadza się bez narzekania na te próby. W jednej chwili traci wszystko: majątek, zdrowie (zapada na trąd), rodzinę. Zostaje całkiem sam, odrzucony przez ludzi, wydawałoby się, że również opuszczony przez Boga. Czy wpada w rozpacz? NIE! „Dobro przyjęliśmy z ręki Boga, dlaczego i zła przyjąć nie mamy?”. Wszystko dał na Pan, i wszystko Pan odebrał. Jakie to nielogiczne! Jakie nie – ludzkie! Czyż mam się teraz cieszyć, bo zdrowia mi ubywa, nie starcza do końca miesiąca, nie mogę zostać matką/ojcem? Cóż to za szczęście?
A Pan Jezus mówi wtedy: jesteście błogosławieni, szczęśliwi, bo łatwiej wam zawierzyć Bogu, gdy nic nie posiadacie, gdy nie musicie się zbytnio troszczyć o dobra doczesne. Im więcej wam brakuje, tym macie większą szansę wpuścić w ten niedostatek Boga, by go wypełnił. I gwarantuję wam, że tak się stanie. Ktoś jednak zapyta, czy wobec tego majętne osoby nie mogą być błogosławione? Czy do nieba wchodzą tylko ci, którym się w życiu nie „udało”? To prawda, że bogatemu trudniej jest wejść do Królestwa Niebieskiego, gdyż obciążony jest wielce sprawami ziemskimi. Jednakże chyba nie o bogactwa materialne jedynie tu chodzi. Człowiek ubogi u Boga ma wszystko, a to co ziemskie za nic upatruje.
Zatem moim zadaniem na ten adwent jest cieszyć się każdą łaską – upokorzeniem, bólem, odrzuceniem, niesprawiedliwością, ale i uśmiechem i radością moich dzieci, bliskością męża, wiernością przyjaciół i … podwyżką płac.
Czego wszystkim życzę!
aga