Zawsze, gdy czytałam fragment Ewangelii o tym, jak Pan Jezus wypędza kupców ze świątyni, to myślałam o sobie w kontekście mojej dbałości o Dom Boży, czyli o moje zaangażowanie w Kościół, o moją gorliwość w wypełnianie przykazań. Tymczasem jest jeszcze druga strona medalu. Otóż Pan Jezus przychodzi do świątyni mojego życia
i chce zrobić w niej porządek. A ja zachowuję się jak ci handlarze z Ewangelii, jestem oburzona, wściekła
i zagniewana, bo jak On śmie? To moje Zycie, moja świątynia…
Panu Bogu czasem bardziej zależy na mojej świętości niż mnie samej. On stoi na straży mego życia, a ja tak beztrosko czynię z niego targowisko. Wprowadzam do tej świątyni grzech, nie przejmując się zbytnio, że to dom Boga. „Czyż nie wiecie, że jesteście świątynią Ducha Świętego?” W tym kontekście łatwiej jest mi zrozumieć ten ewangeliczny gniew Pana Jezusa oraz zabieganie o mnie samą. To znak, że Jezusowi na mnie zależy. Czy jednak mnie na tym zależy?
Agnieszka